RSS
 

Brak weny.

05 lis

Czasami faktycznie dopada mnie brak weny, ale jednak częściej chcę napisać o wielu rzeczach na raz. Nie mogę się wtedy zdecydować o czym po kolei i wychodzi mi totalny chaos, za co Was serdecznie przepraszam. Rozumiem, że czasem nie można mnie kompletnie zrozumieć o co mi chodzi…

Tak ogólnie to dzisiaj chyba jest ten dzień, a może właściwie tydzień…. W którym kompletnie nie wiem co powinnam ze sobą zrobić. Czuję się źle. Myślałam, że już udało mi się całkowicie pozbierać po wszystkich przykrych rzeczach, które mnie spotkały w wakacje i tuż po nich. Niestety byłam w błędzie. Dzisiaj do mnie to dotarło jak bardzo źle się czuje. Niby z ludźmi, a jednak samotna. Niby szczęśliwa, ale ten uśmiech pojawiał się i znikał. Było super, znowu czegoś zabrakło. Czego? Tego nie mogę do końca określić, jestem kobietą, pewnie sama do końca nie wiem czego pragnę. Ale na pewno wiem czego nie chce! Nie chce być z ludźmi, którzy nie umieją docenić tego co dla nich robię. Staram się każdego dnia być lepszą niż dnia poprzedniego. Nie zawsze wychodzi, ale chociaż się staram. Głupie uczucie, strasznie głupie… Stać w tłumie ludzi, być wśród wielu znajomych, a jednak czuć się samotnie. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego czuję się trochę jakby moje serce i dusza rozpadły się na wiele drobnych kawałków i są rozwiane przez wiatr do różnych miejsc… Nie mogę ich znaleźć. Dlaczego ludzie, za którymi jestem gotowa wskoczyć w ogień chcą do niego benzyny dolewać? Uhm, kiepsko. Kiepsko to widzę… Jestem zagubiona. Chyba nawet całkiem nieźle się właśnie pogubiłam… :(
Dobranoc…

 
 

Zgadzam się w 100%

19 paź

Tylko też na szacunek trzeba sobie zasłużyć :)

 
 

Wierzyć czy nie wierzyć?

19 paź

Teraz będzie krótko. Jeśli chodzi o ludzi to powiem Wam żebyście wierzyli w czyny, a nie słowa. Słowa mogą być bez pokrycia. Oczywiście piękne są obietnice, ale cóż nam przychodzi po obietnicach? Nic. Zaczyna się zwykle od niewinnych rzeczy takich jak: „odezwę się później”, „pozmywam później” Ale później przeistacza się w gorsze formy, bardziej poważne obietnice np: „zestarzejemy się razem”, ‚ będziemy patrzeć razem jak dorastają nasze wnuki”. Nie chcę tutaj brzmieć jak rozżalona kobieta, ale przestrzec, że jeśli czegoś nie jesteśmy pewni to tego nie mówmy. Sama wiem jak cholernie kiepsko jest takich obietnic słuchać. I obietnic i rzeczy, które okazywały się nieprawdą. Najgorzej dla mnie było usłyszeć, że „kocham Cię’ było powiedziane tylko dlatego, żeby zaspokoić moje potrzeby, żebym z nim dalej była. No ludzie… Zlitujcie się. Po rozstaniu z K. pojawił się przyjaciel, który wiele obiecał. Mówił, że będzie przy mnie, bo nie może mnie zostawić w takim stanie. Rozmawialiśmy razem codziennie i to bardzo długo, spotykaliśmy się kiedy mogliśmy. Wydaje mi się, że coś zaczęło nas ciągnąć ku sobie, on jako pierwszy to potwierdził słowami. Powiedział mi, że mu się podobam, nie jak koleżanka czy ktoś tam, ale właśnie jak kobieta. Byłam w rozsypce, a te słowa mi poprawiły humor. Uświadomił mi, że nie jestem brzydka, beznadzieja i że ktoś jeszcze mnie chce. Ale to było zbyt piękne, by mogło dziać się na dłuższą metę. Po jakiś 3tyg pojechał na imprezę i poznał nową dziewczynę, w której łóżku obudził się kolejnego dnia. Trochę kiepsko co? Cóż nie mam mu za złe, przecież go nie zaklepałam. Szkoda tylko, że kontakt po tym wszystkim zaczął zanikać. Faceci chyba nie umieją mieć przyjaciółek. A mówił, że będzie przy mnie. Akurat zabrakło go wtedy kiedy go potrzebowałam. Dlatego uważam, że nie powinniśmy dużo gadać tylko dużo robić.

Traktujmy się z szacunkiem. Róbmy więcej, gadajmy mniej. Kochajmy mocniej, płaczmy głośniej, śmiejmy się głośniej. Niech nic nie będzie robione przez kogoś tylko po to by kogoś innego zaspokoić. Róbmy tak jak sami czujemy i tak jak sami chcemy być traktowani. Nic na pół gwizdka. Koniecznie jeśli coś już robimy to zaangażujmy się w to :)

Tak powinno być

 

O tym jak pękło mi serce…

13 paź

Nawet nie wiecie jak długo zbierałam się żeby o tym napisać. A ja nie wiem jak mam zacząć. Jedno wiem na pewno, kochałam go bardzo mocno, byliśmy razem od 29 listopada 2013 roku. Później jak to w związkach bywa zaczęły się plany na przyszłość, marzenia i obietnice. Obietnice bycia razem aż do śmierci, żeby się razem zestarzeć w fotelach bujanych patrząc na dzieci i wnuki. Takie myślenie i planowanie jeszcze bardziej przywiązuje ludzi, daje poczucie bezpieczeństwa, które mnie uspokajało. Lubiłam to, uwielbiałam z nim spędzać czas, być kochaną, uwielbiałam sposób w jaki na mnie patrzył na początku, jak o mnie dbał, jak mnie dotykał, jak mnie całował. Mimo, że w czasie matur mieliśmy poważną kłótnię i odpoczywaliśmy od siebie jakiś czas udało nam się do siebie wrócić. Poznaliśmy już ze sobą nie tylko naszych rodziców, ale także całe nasze bliskie rodzinki. Tak go cholernie mocno kochałam, że nie wyobrażałam sobie życia bez mojego ukochanego. Kiedy wszystko już wyszło na prostą, wszystkie uczucia, namiętność obudziły się w nas na nowo i razem mieliśmy przed sobą cudowne wakacje. Szkoda, że nie wyszło żeby pojechać na nie razem. (Ale nie chcę już opisywać dlaczego, sytuacja rodzinna po prostu. Wystarczy, że napisanie tego posta wymaga ode mnie dużej odwagi) Ale przynajmniej ja przyjeżdżałam do niego nocować w wakacje, musiał pracować całe dnie, bardzo mało chwil mogliśmy spędzać razem. Przykro mi było, że więcej czasu spędzałam z jego siostrami niż z nim. Trudno tak bywa. Ale kiedy okazało się, że moi rodzice wyjeżdżają na weekend i miałam dom całkowicie pusty to bardzo się ucieszyliśmy, zaplanowaliśmy, że jednak w piątek wieczór przyjadę do niego na ognisko, które organizował jego brat, a w sobotę mieliśmy przyjechać do mnie, posiedzieć sami, obejrzeć film, zjeść wspólną kolację i po prostu cieszyć się sobą.
Nadszedł piątek. Przyjechałam wcześniej pociągiem od przyjaciółki, Żeby pomóc we wszystkim. Także nacinałam kiełbaski, sosy, zrobiłam sałatkę, mama chłopaka ją dokończyła, poszykowaliśmy potem grilla, ognisko. Przyszli znajomi brata chłopaka, starsi od nas, miło było ich poznać, całkiem spoko ludzie, ale z niektórymi nie za bardzo było można się dogadać. Chłopak robił kiełbaski na grillu, kiedy je zdjął to od razu proponował innym ludziom, a mnie pominął, nawet kiedy zapytałam czy jeszcze są te zrobione tak jakby mnie olał. To było dziwne. Ale no cóż, kto by się pierdołami przejmował. Kilka godzin później siedząc z bratem chłopaka i jego przyjacielem jadłam kabanosy, a chłopak ze dwa metry ode mnie stał i palił papierosy. Kiedy zaczęłam się dusić kabanosem podczas rozmowy, zrobiło się poważnie, nie mogłam oddychać, połknąć śliny, nic, zaczęłam wymachiwać rękoma, że potrzebuje pomocy, a on sobie dalej stał i palił fajkę jakby nic nie widział. Na szczęście przyjaciel jego brata zobaczył, że się duszę i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że ten koleś uratował mi życie. Potem chłopak się szybko skończył i poszedł spać, a ja bawiłam się dalej z jego bratem i znajomymi. Posprzątaliśmy trochę i poszliśmy spać. Tej nocy chyba już nic się dalej ciekawego nie działo. Konkretnie działo się to już 18 lipca. Po południu chłopak odwiózł mnie do domu, miał tylko iść jeszcze na spacer z kuzynką i jej córeczką, a potem je odwieźć na pks i wrócić do mnie, byśmy spędzili wieczór wspólnie. Nie dość, że się grubo spóźnił to jeszcze dobrze nie wszedł przez próg mojego mieszkania, a wcisnął mi dowód rejestracyjny samochodu i jeszcze jakieś dokumenty. Nie zdążyłam dobrze zapytać po co mi to daje, a tu zadzwonił jego telefon: Cześć K. to gdzie jesteś? Odpowiedział, że właśnie wychodzi od Ady i za 20min będzie u nich na miejscu. I tak się dowiedziałam, że wspólnych planów nie zrealizujemy. Wolał iść z kolegami na piwo niż spędzić wieczór ze mną. Dziwne i przykre za razem. Nigdy nie zdarzyło się żeby, któreś z nas miało cały dom puściutki na tak długo i nie musiało iść w ten weekend do pracy. Chyba tylko głupiec nie wykorzystałby tej okazji. No cóż, puściłam go tam. Co miałam zrobić? Facet nie pies, na smycz go nie zapniesz. Ale miałam wstawać o 4.00 rano, żeby przed 5.00 być pod Izbą Rzemieślniczą, z której był organizowany wyjazd na konkurs, w którym byłam modelką mojej przyjaciółki fryzjerki. Chłopak mi obiecał, że będzie kierowcą. Zapytałam go ile ma zamiar pić, żeby dać radę wstać i mnie podrzucić tam. Powiedział, że wypije jedynie kilka piw i wróci przed północą. Koło 21-22 zadzwonił, że jego przyjaciel spoza miasta nie ma gdzie spać, po kilku telefonach i błaganiach zgodziłam się go przyjąć pod swój dach. (Jeszcze bardziej mnie zirytowało to wszystko…) Mieli być zatem oboje przed północą i mój chłopak prawie trzeźwy. ha ha ha…. Zabawne… kiedy już położyłam się spać, to co chwila budzili mnie jakimiś szaleńczymi telefonami, w ogóle nie mogłam zasnąć. Pod moje drzwi dotarli po 2. Nie chciałam już ich wpuszczać do domu, ale kiedy molestowali mój dzwonek, targali w drzwi, uległam. Głównie po to, żeby sąsiedzi nie zadzwonili na policje. Masakra, jak otworzyłam drzwi zobaczyłam, że mój chłopak był tak pijany, że ledwo mnie widział. Jego kolega w lekko lepszym stanie. No to na nowo, szykowanie do snu, rozłożyłam im śpiwory i poduszki na moim grubym dywanie. A tu nagle dzwonek do drzwi, olałam to. Chłopak poszedł otworzyć i mówi, że jeszcze drugi kumpel też nie ma gdzie spać to go zaprosił. No ku***! Powiedziałam, że nie ma mowy, niech idzie do domu, bo on mieszkał niedaleko. Ale nie zdążyłam podbiec do drzwi, gdy chłopak je już otworzył i kolejny jego kolega był w środku. Przeszli do mnie do pokoju, powiedziałam, że w trójkę śpią na ziemi, a ja wstaje o 4.00 i wtedy idą do domu. Zgodzili się, że będą grzeczni… (hah, w cuda wierzę…) I się zaczęły cyrki. Nie wiedziałam wtedy jeszcze jaka ciężka noc przede mną. Chłopak, który ręczył, że będzie ogarniał kolegów jak coś, padł pierwszy i to jeszcze nie na ziemi gdzie mu uszykowałam ( nie chciałam spać z pijanym to po pierwsze, po drugie nie po tym jak mnie zrobił w balona z tym wieczorem) tylko padł ryjem, tak ryjem prosto na moje łóżko zajmując 2/3 jego powierzchni. Nie szło go ruszyć, a tamci koledzy gadali i gadali, i wstawali i szukali wódki, chcieli pić i ogólnie porażka, zero spania, ciągłe uspokajanie, gorzej niż z dziećmi. Chłopak dalej nie reagował nic kompletnie. Kiedy już nadeszła 4 miałam wcyhodzić, ale nie mogłam go dalej obudzić. „Kochanie wstajemy”- zero reakcji. „K. wstawaj” nadal nic… Szturchanie, nic, krzyk nic… Weź.. i co tu miałam zrobić? Tamci nie chcieli mi pomóc w dobudzaniu go. To jakoś tak wyszło, że namówili mnie, żeby go popisać pisakiem, także jednak zrobiliśmy z niego z jednej strony bliznę Popka, z drugiej Harry’ego Pottera. Nadal się nie obudził, znowu szturchanie. Nadal nic. Dopiero kiedy dostał kilka razy pięścią w nerki łaskawie ruszył dupę, biorąc dokumenty. Wiem, że to nie był dobry pomysł, ale po kilku godzinach użerania się z pijusami i totalnym brakiem snu przed 32h byłam już zmęczona i ostro zareagowałam. Kazałam im wynieść się z chaty, bardzo mi zależało na tym konkursie. Zebrali się i wyszli. W końcu… Szkoda, że i tak już byłam spóźniona. Na szczęście tata przyjaciółki przyjechał po mnie, kiedy miałam już zakluczyć mieszkanie znalazłam jego komórkę. Wiedziałam, że poszli spać dalej do auta pod moim blokiem. Wzięłam jego telefon i wyszłam już z domu, spakowana na konkurs. Podeszłam do samochodu, zapukałam w szybkę i pokazałam, że mój chłopak nie wziął telefonu. On otworzył drzwi, wyrwał mi telefon z ręki i krzyknął (przepraszam, ale tu już muszę zacytować całość) „WYPIERDALAJ”.
Tak to właśnie w tym momencie pękło mi serce. Jak można do ukochanej kobiety, po dwóch latach związku, kiedy się planowało już z nią ślub i dwójkę dzieci, jak można jej coś takiego powiedzieć, a co dopiero wykrzyczeć? Łzy same zaczęły mi lecieć, odwróciłam się i poszłam do samochodu przyjaciółki. Dotarłyśmy na miejsce na szczęście przed wyjazdem autokaru. Ona nie mogła na początku uwierzyć w to, co się stało. Ale stwierdziłam, że był pijany i trzeba później o tym porozmawiać. Pisałam do niego smsy, dzwoniłam. Nic. Kompletnie mnie zlewał. Bardzo kiepskie uczucie. Nie mogłam się pogodzić z tym, że tak to nagle wyszło. Liczyłam na początku, że przyjedzie, zadzwoni. Cokolwiek… Że zrozumie, że mnie źle potraktował, że był pijany i nie był do końca świadomy. Nici z tego wszystkiego. Dowiadywałam się od wspólnych znajomych, że jeszcze rozpowiadał jaka to ja zła kobieta byłam.
Ja go tak kochałam, naprawdę. Był moją pierwszą miłością, prawdziwą, dojrzałą. Sama też nie wierzyłam, że tak to się nagle skończyło. Że zachował się jak taki śmieć. Nie rozumiem jak tak można. Z każdym dniem na początku od tego felernego serce rozpadało mi się na kolejne kawałki, traciłam nadzieję, że będzie lepiej. Rodzice cieszyli się, że 3 pijanych facetów mi nic nie zrobiło, nie dziwię się… Biedny tata, który się dowiedział w jaki sposób potraktowana została jego córka, jak mnie nazywał ten, któremu chciałam powierzyć serce.
Na szczęście dzięki moim znajomym wzięłam się w garść i przestałam nad sobą rozpaczać. Dzisiaj już kompletnie z miłości do niego się wyleczyłam (chociaż jako mój pierwszy będzie w sercu na zawsze). Szczerze to przez dwa miesiące bez niego zaszłam dalej niż przez dwa lata w związku. On mnie ograniczał, bo głównie liczył się tylko on, jego matura, jego studniówka, jego rodzina… Szkoda, że wcześniej nie umiałam spojrzeć na to wszystko z innej perspektywy. Nawet nie dotarło do mnie jak najlepszy przyjaciel chłopaka powiedział mi żebym lepiej go porzuciła, bo nie będę z nim szczęśliwa, bo on widział jak on mnie traktował. Człowiek uczy się na błędach, na własnych bardziej boli. Było to dla mnie bolesne przeżycie, nadal jest cierniem kłującym w sercu. Ostatnio przyszedł po coś do szkoły, w której jeszcze się uczę, zauważył mnie kiedy przeszłam obok, ale udawał, że mnie nie zna. Jak tak można się zachowywać, żeby nawet głupiego cześć nie umieć powiedzieć. On nawet nie umiał spojrzeć mi w oczy po tym wszystkim ile bólu mi zadał.
Ale teraz umiem z tym iść do przodu. Dziękuję z całego mojego serca tym ludziom, którzy nie obiecali a byli przy mnie kiedy ich potrzebowałam. Mam nadzieję, że będę mogła się Wam za to odwdzięczyć Kochani.
Teraz pojawił się bardzo fajny nowy chłopak, któremu boję się zaufać, nie chcę żeby mi cokolwiek obiecał. Gdyż to co ludzie mi obiecali nigdy jakoś nie dochodziło do skutku. Boję się sama znowu cierpieć z podobnego powodu. Pewnie, źle robię, bo on nie zasługuje na to żeby trwać ze mną zawieszonym. Ale czy zaraz trzeba się wiązać? I tworzyć poważne związki? Nie jestem typem takiej dziewczyny, która wyznaje tylko zabawę. Ale może warto skorzystać z życia i próbować nowych niezobowiązujących opcji póki jesteśmy młodzi? W końcu kiedy mamy popełniać błędy i się wyszaleć jak nie teraz? A poza tym, że w ciągu tego czasu spotkało mnie tyle przykrych rzeczy nie oznacza, że teraz nie może zadziać się coś dobrego, albo tego, że ja mam dokładać zmartwień temu nowemu chłopakowi nie mówiąc mu całej prawdy o tym jak bardzo boję się porzucenia. Wiem, że mu na mnie zależy. Ale nie umiem zbytnio na nowo się w to wszystko zaangażować. Co ja mam zrobić? A może to właśnie nowy związek pokaże mi jak mam dalej postępować?
Życzę Wam dobrej nocy, oby była przespana! :)

Ciekawe, co Wy o tym sądzicie? Podejrzewam, że w komentarzach będą zdania podzielone…

Adrianna

 

Wycieczka Włochy

13 paź

Wycieczka do Włoch to była najlepsza klasowa wycieczka w życiu! Pomijając to, że już się starzejemy…
Włochy to naprawdę przepiękny kraj, wart zobaczenia :D Wycieczka na jakiej ja byłam to 8 dni, autokarem z Polski.
Generalnie ta długa jazda była męcząca, pierwsze kilka godzin szło wytrzymać. Urozmaicaliśmy sobie drogę śpiewając karaoke, grając kartki-(zgadnij kim jestem), głuchy telefon,-tak młodzież szkolna dalej w to gra i może się świetnie bawić:- Grą w karty np w kenta czy też makao. Ale później już człowiek nie ma co robić z nogami, rękoma, a pupa boli od siedzenia i robi się płaska.
Postaram się przybliżyć mniej więcej, co się działo i co zwiedzaliśmy we Włoszech ( nie mogę napisać o wszystkim, wybaczcie… Słodka tajemnica)

Dzień 1.
Zbiórka, czas na kupienie kabanosów pod Społem i czekanie pod szkołą na autokar. Przyjechał po nas Pan Marek, nasz ukochany kierowca, z którym jeździmy wiele lat. Człowiek, który ma nerwy ze stali! Podziwiam kierowcę ze względu na to, że wytrzymuje z nami tyle godzin i nie dostaje szału oraz za to jak bezpiecznie prowadzi. Prawie nie czuć, że w ogóle jedziemy autokarem! Rewelka. Długa, długa jazda. Wysiadanie na stacjach benzynowych :D Szukanie najbliższej darmowej toalety i pytania o cieplutkie hot-dogi. Ostatni CPN w Polsce, mnóstwo telefonów, a do tego ostatni transfer danych w telefonach za darmo lub z pakiety, bo potem to już lepiej nie włączać, ponieważ można się nieźle zdziwić dostając rachunek do zapłaty. Czekała nas nocka w autokarze i pobudka we Włoszech.

Dzień 2.
Po ciężkiej i głośnej nocy w autokarze obudziliśmy się już pod Florencją, przy dworcu Włoskiego PKS się przebraliśmy, odświeżyliśmy i ruszyliśmy ciapągiem na podbój Florencji! Przepiękne miasto, bardzo podobał mi się jego plan, trudno się tam zgubić. Oczywiście widzieliśmy Kościół Santa Croce, co oznacza święty krzyż. Także byliśmy na Piazza del Duomo (dość duży plac) z baptysterium, które było niestety otoczone ogrodzeniem… Ah te Włoskie remonty… I katedrę Santa Maria del Fiore, oraz Wieżę Giotta, na którą wejście sobie odpuściliśmy ze względu na koszty. Przy uczniowskich funduszach ok 10 euro to jest całkiem sporo. Także byliśmy na Piazza della Signoria (Już mniejszy plac), Widzieliśmy pałac Palazzo Vecchio, a także jeden z najpiękniejszych mostów we Florencji- Ponte Vecchio, inaczej Most Złotników. Naprawdę bardzo mi się tam podobało, poczułam klimat tego miasta, te wąskie uliczki, pizza do ręki, a przepyszne lody urozmaicały mi wiele minut z czasu wolnego i dokonały lekkiego spustoszenia w portfelu. Następnie zapakowaliśmy się do autokaru i przejechaliśmy do Pizy. Zakwaterowaliśmy się w ośrodku domków campingowych na jedną noc. Ogólnie układ ośrodka był całkiem fajny, domki mieliśmy blisko siebie, bardzo dobrze wyposażone, czajniczek był! :D Kiedy się już ściemniło w kilka osób wraz z wychowawcami postanowiliśmy się przejść pod Krzywą Wieżę, aby zobaczyć jak pięknie wygląda oświetlona. Niestety kiedy doszliśmy wcale nie była. Szkoda, że pocztówki kłamią. Wieża nie zawsze jest podświetlana, tylko w wyznaczone dni tygodnia, no trochę śmieszne, trochę przykre. Porobiliśmy sobie zdjęcia na pozycję Power Rangers podpierających Wieżę i wróciliśmy do ośrodka, gdzie zorganizowaliśmy wieczorek zapoznawczy z inną klasą, były tańce i przepyszne spaghetti. Tutaj muszę powiedzieć, że pomimo zmęczenia nikt nie poszedł wcześnie spać :)

Dzień 3.
Udało nam się wstać i zjeść śniadanie, spakować, wpakować walizki do autokaru i szybko wyruszyć z samego rana na Pole Cudów, gdzie znajduje się Krzywa Wieża, z katedrą, baptysterium i dzwonnicą. Już któryś raz użyłam nazwy baptysterium, czy wiecie co to jest? Jest to chrześcijańska budowla wznoszona kiedyś żeby tak dokonywać obrządku chrztu. Było to bardziej prestiżowe niż mała chrzcielnica w kościółku. Także mieliśmy okazję zobaczyć Wieżę za dnia, wtedy już słoneczko nam ja oświetliło. Tym razem zrobiła lepsze wrażenie, jest ładną budowlą, ale myślałam, że będzie ona dużo większa. Prawda jest taka, że Wieża jest mała, krzywa też jest, ale w ostatnim czasie naukowcy ją prostują. Ogólnie to całe miasto Piza nie jest dużym miastem, a raczej miasteczkiem. Co mnie bardzo zdziwiło to to, że po Piazza dei Cavalieri (główny plac starożytnej Pizy) normalnie jeździły samochody. Nie Kochani, nie jeździły one jak chciały, tylko przez plac wiodła droga, która nigdzie nie była wyznaczona, ale ludzie umieli zachować swoje pasy i kulturę jazdy. Aż nie do uwierzenia! Następnie przejechaliśmy do Rzymu.
Oczywiście, że pierwszą rzeczą, która przychodzi na myśl wraz ze słowem Rzym to jest Koloseum i także jako pierwsze je zwiedzaliśmy. Obiekt jest ogromny i robi dużo lepsze wrażenie niż Krzywa Wieża. Widzieliśmy Forum Romana, Kapitol i Plac Wenecki. Rzym jest pięknym miastem, ale nasza grupa momentami nie mogła się skupić na podziwianiu miasta, gdyż lokalna pani przewodnik miała wadę wymowy. Nie tylko sepleniła, ale też trochę pluła jeśli mam być szczera… Odwracała naszą uwagę… Musimy wrócić do Rzymu z innym przewodnikiem :) Przejechaliśmy autokarem do kolejnego noclegu, a potem samo z siebie wyszło, że kolejny wieczorek z przepysznym spaghetti się uszykował. A potem nocne robienie tostów. Boże jak ja kocham tosty. Wszyscy kochamy tosty!

Dzień 4.
A tym razem pobudka była gorsza, trzeba było doczyścić tostery, żeby zjeść jakieś ludzkie śniadanie. Przynajmniej nie musieliśmy się pakować. Szykowało nam się dalsze zwiedzanie Rzymu i Watykanu, na całe szczęście nasz pilot nie miał wady wymowy :) Także zobaczyliśmy Wzgórze Janikulum, a następnie weszliśmy do Watykanu. Takie małe państwo kościelne. Ale powiem Wam tak, że jak tylko przekroczyliśmy granicę, mała to poczułam się ja. Podejrzewam, że nie tylko ja. Wysokość tych wszystkich budynków, rządek ogromnych kolumn i w ogóle podniosłość tego mniejsza sprawia, że człowiek czuje się maleńki i nic nie znaczący. Jest tam bardzo ładnie i czysto, ale faktycznie leżą ludzie niepełnosprawni i żebrzą. Bazylika Św. Piotra z zewnątrz nie wydawała się tak ogromna jak w środku. Naprawdę poczułam się tak bardzo mała, co nie zmienia faktu, że jest tam pięknie. Wszystko z wielkim przepychem i rozmachem. Widzieliśmy również miejsce spoczynku Jana Pawła II, a także rzekomo nie ulegające rozkładowi ciało Papieża Jana XXIII. Kiedy przyjrzałam się z bliska wydawało mi się, że to ciało jest z wosku, ale nie będę polemizować, w cuda wierzę. Po opuszczeniu Watykanu, przeszliśmy do świątyni zwanej Panteon, która ma okrągłą dziurę w dachu, ok 9m. W związku z czym świątynia jest otwarta przez wszystkie pory roku. Nie jest to jednak wynik jakiegoś wypadku, tylko celowe działanie architekta. Nagle pogoda zepsuła nam się strasznie, deszcz zlał nas równo, nie pozostawiając na nas żadnej suchej nitki. Fontanna di Trevi niestety była w remoncie i przykro mi było patrzeć na rozłożone rusztowania i pustą nieckę, ale padający deszcz troszkę dolał :) Schody Hiszpańskie widzieliśmy w biegu uciekając przed deszczem. Pogoda nie przeszkadzała nam w czasie wolnym, gdzie kupiliśmy dużo pamiątek, jedzenia…. haha szczególnie pizza i lody. Jak będziecie we Włoszech nie możecie, po prostu nie możecie tego nie spróbować. Wystarczy tylko spojrzeć gdzie siedzi dużo Włochów, tam będzie smacznie, a im dalej od centrum tym będzie taniej.

Dzień 5.
Piątego dnia pojechaliśmy na Polski Cmentarz Wojskowy na Monte Cassino. Cmentarz znajduje się wysoko na wzgórzu. Jest bardzo zadbany, został wyremontowany. Idealnie równe rządki białych krzyży, na których były zawieszone białe flagi lub różańce sprawiały coś takiego w koleżankach i kolegach, że milkli. Chyba w tym momencie zrozumieliśmy ilu Polaków zginęło w obronie wzgórza. Był to strategiczny punkt obrony Rzymu, Włochy na wysokości Monte Cassino są najwęższe dlatego stanowiło one główną drogę do Rzymu. Następnie mieliśmy okazję wejścia do Opactwa Benedyktynów na szczycie wzgórza. Widoki jakie się z niego rozciągają to jedne z piękniejszych widoków, jakie miałam okazję oglądać w swoim życiu. Weszliśmy na aktywny Wulkan Wezuwiusz, który postanowił nam umilić oglądanie jego krateru małą dawką gazów. Matko, jak my się pomęczyliśmy wchodząc w tym upale. Gorsze było zejście, kolana same uciekały do przodu. A kierowcy nie byli zadowoleni patrząc na nasze buty całe w pyle… Musieliśmy je ściągnąć i dokładnie wytrzepać. Kiedy już mieliśmy jechać do hotelu znowu pogoda się popsuła i rozpadało się nieziemsko, tego dnia nie udało nam się już zwiedzić San Marino. Dotarliśmy do dużego marketu, gdzie zrobiliśmy ogromne zakupy spożywcze. Nigdy nie wydałam tylu pieniędzy na słodycze. Ahhh smaczniutkie słodycze, tyle czekolad i chrupek dawno nie jadłam.

Dzień 6.
Następnie przejechaliśmy do Asyżu. Asyż to cudowne małe miasto, w którym urodził się Św. Franciszek z Asyżu. Widzieliśmy Bazylikę św. Franciszka, plac z widokiem na miasta poniżej- Piazza Comune, oraz Kościół św. Klary. Zwiedziliśmy San Marino, gdzie pełnoletni z nas mogli degustować alkohol, kupiłam przepyszny likier z pistacji. Szkoda, że kiedy jechaliśmy do Rimini aura nam nie dopisała i nie mogliśmy wykąpać się w morzu.

Dzień 7.
Musieliśmy wstać wcześnie, zjeść śniadanko i czekała nas droga do Wenecji. Kiedy już podjechaliśmy i zostawiliśmy autokar zmieniliśmy środek transportu na tramwaj wodny, którym dopłynęliśmy pod Most Westchnień w Wenecji. Nie jest to most westchnień zakochanych par. Jest to most, którym prowadzeni byli skazańcy i dowiadywali się czy zostaną straceni, czy czeka ich więzienie. Był to wtedy moment gdzie mogli ostatni raz spojrzeć na Wenecję, dlatego wzdychali. Do Bazyliki św. Marka nie można wejść z plecakiem lub duża torebką, kazali nam je odłożyć w jakimś budynku obok, do wielkiego pojemnika. Wspaniałe wnętrza, również z rozmachem. Plac św. Marka jest przepięknym placem z ogromną ilością turystów, sklepikarzy i gołębi, które absolutnie nikogo i niczego się nie boją. Ale nie martwcie się…Że tak powiem bycie „naznaczonym” przez gołębia we Włoszech to bardzo dobry znak, wróży szczęście. Dotarła do nas nowa pani przewodnik, rodowita Wenecjanka z krwi i kości. Bardzo płynnie mówiła po polsku, naszego języka zapragnęła się uczyć chodząc po Wenecji. Była jedyną studentką języka polskiego na Uniwersytecie Weneckim, a miała dwóch :prywatnych: profesorów. Pani super opowiadała, nie zanudzała nas zbędnymi suchymi faktami, tylko przekazywała ciekawostki. Np. w Wenecji w ogóle nie można jeździć samochodem, rowerem i grać w piłkę nożną, a dzieci tylko do około lat 12 mogą jeździć hulajnogą. A każdy Wenecjanin posiada coś takiego jak kalendarzyk wylewowy, w którym jest dokładnie podane jakiego dnia, o której godzinie ile centymetrów wody wylewu będzie w Wenecji. To bardzo ułatwia życie mieszkańcom, a dzieci i dorośli nie mają już wymówek do pracy czy też szkoły. Przeszliśmy spacerkiem przez Plac św. Marka aż do Ponte Rialto, czyli mostu Rialto, najsłynniejszego w Wenecji, dalej przechodziliśmy obok Ratuszu, w którym ślub brał George Clooney. Niestety i most był w remoncie, ale szczęście w nieszczęściu takie, że przynajmniej na parawanie zasłaniającym był nadruk z widokiem jaki zasłania, także dużo nie traciliśmy. Później dostaliśmy dużo czasu wolnego, wykorzystaliśmy go oczywiście na jedzenie. Następnie kupiliśmy przepiękne maski weneckie i tak minęło kilka godzin, zrobiło się ciemniej, wróciliśmy na kolumny na placu mniejszym (gdzie było wyznaczone miejsce zbiórki) przed czasem. Akurat w restauracji zaczęła grać orkiestra. To nam podsunęło pomysł, by założyć maski i zatańczyć walca do muzyki klasycznej. Tak też uczyniliśmy. Najcudowniejszy bal mojego życia. I wiecie co? To jest najlepsze wspomnienie z Wenecji!

8 dzień.
Powrót do Polski. Pupa znowu płaska :( Pełni radości i wrażeń. Ostatnie godziny w autokarze to był quiz z wiedzy o kraju, ale nie tylko. Nauczycielki obserwowały nas i był quiz towarzyski o tym co działo się na wycieczce. Bardzo oryginalny pomysł :)

Cała wycieczka to był cudownie spędzony czas, z naprawdę świetnymi ludźmi, w jednym z najpiękniejszych miast świata. Nigdy tego nie zapomnę. Serdecznie dziękuję wszystkim za wspaniałą zabawę!

Mówiliśmy, że chcemy wrócić do Włoch, a już niedługo ósemka z nas będzie miała do tego okazję, ale o tym już w kolejnym poście :)

Buuuuuuuziaki!
Wymęczona wycieczką, najedzona,
Adrianna cZekoladożerka :)

 

Wróciłam!

13 paź

Witam Was wszystkich!
Wróciłam do domu, pozbierałam się i też postaram się wrócić do pisania na blogu. U mnie działo się bardzo dużo, także szykuje się sporo postów, mam nadzieję, że już wszystko będzie szło gładko :)
Buźka :*

 
 

Hejty, hejty… Czyli jak to zazdrość psuje interakcje międzyludzkie…

09 mar

Hejty…  Jeśli myślicie, że pisząc przykre komentarze w internecie z anonimowego konta jesteście super, to uświadamiam was, że jesteście w błędzie.
Jestem taka jaka jestem! Nie zmienię się. Niektórzy mnie za to kochają inni nienawidzą. Trudno… Takie jest życie. Nigdy nikomu się nie dogodzi w 100%. Staram się być lepszą osobą, ale nie zmieniać tego kim jestem.
A  krytyka? Każdy człowiek kiedyś się z taką spotkał. Krytyka powinna być uzasadniona, zawierać prawdziwe argumenty, a nie jakieś wyssane z palca historyjki. Jeśli już taka jest, to bardzo dziękuję. Każdą taką krytykę wysłuchuje lub czytam z uwagą, może mi się przyda kiedyś kiedy będę chciała coś zrobić inaczej, lepiej.
Dziękuję serdecznie osobom, które są ze mną szczere. Mówią mi dokładnie co i jak, jak się czują, co myślą.

A co do komentarzy związanych z wyglądem… Ludzie popatrzcie w lustra! Nikt nie jest idealny. Każdego Bóg stworzył innego. Idealnie nieidealnego! Perfekcyjnie nieperfekcyjnego. Każdy człowiek jest inny i wnosi do życia osób bliskich co innego. Ta różnorodność jest piękna. Nie powinno się kogoś wyśmiewać z jakiegoś durnego powodu, w ogóle z żadnego.
A szczególnie darujcie już sobie te durne komentarze, niektórzy nie są tacy silni… Nie każdy potrafi się sam obronić.

A jeśli chodzi o mnie to z każdym słowem krytyki, każdy złym słowem, przykrym komentarzem czy docinkom ja staję się silniejsza. Wręcz mnie to bawi jak ktoś nie może skupić się na własnym życiu tylko zajmuje się uprzykrzaniem życia komu innego. Jak nie masz własnego życia to nie musisz żyć moim :D Serio ja nie potrzebuję do tego osób trzecich. Mam swój świat, swój mały cudowny świat i jest mi w nim dobrze.

Jeśli komuś czegoś zazdrościsz to powinieneś się wstydzić. Zazdrościsz komuś urody? Oj… nie każdy jest Miss Universe, ja też nią nie jestem, a jakoś specjalnie z tego powodu nie ubolewa.  :D  Zazdrościsz komuś inteligencji? Nie każdy urodził się Albertem Einsteinem.   Wystarczy się trochę poduczyć, z FB się na chwilkę wylogować, odrobić zadania domowe, przeczytać notatki z lekcji czy coś. A jeśli zazdrościsz komuś sukcesów to wiedz, że osiągnął je jedynie ciężką pracą, nauką i godzinami spędzonymi na różnych czynnościach, które się do tego przydały. A ty zamiast zżerać samego siebie swoją zazdrością też byś mógł zrobić coś konstruktywnego. A to jest mój blog i mogę na nim pisać co chcę :D Nikogo z imion i nazwisk nie wymieniam, jeśli tak to mam na to zgodę. Nie potrzebuję nikogo obrażać. Więc…. skoro to jest moje… to ja za przeproszenie napiszę tak: jeśli by ktoś nie siedział na dupie i nie spędzał czasu na obrażaniu innych za ich plecami, mógłby zająć się swoją dupą! Zrobić coś ze sobą, pouczyć się, poćwiczyć.
Ja staram się nikomu nie zazdrościć. Każdy umie coś lepiej niż np ja i to jest piękne, bo można się uczyć od różnych osób różnych rzeczy.

A jeśli już coś MUSI być, nie mówię, że to jest dobre… Ale :D

NIKOMU NIE ZAZDROŚĆ! RÓB TAK I BĄDŹ TAKI, ŻEBY TO INNI ZAZDROŚCILI TOBIE! <3

A dla wszystkich hejterów, zazdrośników i małych zawistników mam taki obrazeczek z pozdrowieniami od cZekoladożerki <3

WESOŁA ŻYRAFA DLA WAS ODE MNIE ŻEBY WAM W PIĘTY POSZŁO  z serdecznymi pozdrowieniami dziubaski <3

Dobrej nocki i SUPER sukcesów Wam życzę,
cZekoladożerka <3

 

Czekolada

30 sty

Mogłabym ją jeść tonami! Jejku jak ja kocham czekoladkę!!!
Mleczną, białą… Może nawet i gorzką! Płynną, stałą tę na wpół rozpuszczoną!
Cukierki z czekoladą, czekoladki, bombonierki, wiśnie w czekoladzie, CZEKOLADY W TABLICZKACH. Jeeeezu no kocham kocham kocham. Ja mogłabym się wykąpać w wannie z kakao!
Niestety czekolada jest moją słabością i łatwo mnie nią przekupić…
A dupa rośnie… Chociaż nie tylko dupa, więc ja tam nie narzekam ;D hahaha
Ale trzeba do tego ćwiczyć, żeby nie wyglądać jak bańka wstańka.
Tak więc w tygodniu wieczorkiem troszkę ćwiczeń, rozciąganko. Do tego salsa i taniec brzucha i nie czuję się jak mała pulchna kuleczka kochanego tłuszczyku tylko jak zgrabna kobitka! Cieszę się, że mogę coś ze sobą robić. Oraz z tego, że umiem zrobić szpagat, dwie nogi za głowę założyć i inne takie cudeńka :)

Dobra, jak chcecie wiedzieć więcej o ćwiczeniach czy coś to zapraszam. Pytajcie odpowiem :D
A ja już lecę chyba opychać się dalej czekoladą!
cZekoladożerka <3

 
 

No i się stało…

20 sty

Pierwsza kłótnia. Nie było ciekawie, ani za wesoło. Na szczęście umiemy rozmawiac jak dorośli ludzie. Naprawdę szczera rozmowa jest w stanie załatwic bardzo dużo rzeczy. Nie bójcie się, ani nie wstydźcie ;)
Dobrze, że u nas już dzięki temu wszystko idzie gładziutko i szczęśliwie.
Chociaż powiem, że i tak najlepsze we wszystkim jest milusie godzenie się! Ojjj tak! Przyjemne, bardzo przyjemne uczucie…. :)

 
 

Zgłupiałam… Normalnie oszałałam do reszty!

17 sty

Dziś wieczorkiem tak bardzo mi się nudziło, że posprzątałam calutki swój pokój. Nawet zerknęłąm do repetytorium z matematyki powtórzyłam sobie sinusy, cosinusy, tangensy i cotangensy trójkąta prostokątnego. Jestem zdziwiona, bo od jakiegoś tygodnia to ogarniam. Cud! Ludzie cud! Myślałam, że jestem debilem matematycznym! A tu miła niespodzianka, zadania robię całkiem nieźle.  Przepiękny wzór jedynkowy, który mi się śni po nocach. Ach! No i jeszcze 4 wzory redukcyjne, które też są spoko. I kto by pomyślał, że żeby ogarnąć matematykę trzeba chociaż czasami zrobić w domu coś więcej. A nie tylko w szkole na lekcji uważać. A teraz jeszcze przeglądam tablice z angielskiego. Też bym musiała zacząć sobie przypominać więcej gramatycznych rzeczy. A tak ogólnie to teraz baaaaardzo się nudzę i ciągle myślę nad tym, że tangens alfa jest równy sinusowi alfa przez cosinus alfa! Przynajmniej chociaż jedna rzecz matematyczna weszła mi do łba :D Więc myślę, że się nie obrazicie jak z tej nudy dzisiaj zrobię Wam postowy spam… :D

people

 

Legnenda o Peverell’ach

17 sty

Tak sobie dziś wspominam jeden z moich ulubionych fragmentów Harry’ego Pottera… Dokładnie jest to przypowieść o trzech braciach. Proszę oto i ona ;)

„Było raz trzech braci, którzy wędrowali opustoszałą, krętą drogą o zmierzchu. Doszli w końcu do rzeki zbyt głębokiej, by przez nią przejść, i zbyt groźnej, by przez nią przepłynąć. Bracia znali się jednak na czarach, więc po prostu machnęli różdżkami i wyczarowali most nad zdradziecką tonią. Byli już w połowie mostu, gdy drogę zagrodziła im zakapturzona postać.

I Śmierć przemówiła do nich. Była zła, że tym trzem nowym ofiarom udało im się ją przechytrzyć, bo zwykle wędrowcy tonęli w rzece. Nie dała jednak za wygraną. Postanowiła udawać, że podziwia czarodziejskie uzdolnienia trzech braci, i oznajmiła im, że każdemu należy się nagroda za przechytrzenia Śmierci.

I tak, najstarszy brat, który miał wojownicze usposobienie, poprosił o różdżkę, której magiczna moc przewyższałaby moc każdej z istniejących różdżek, za pomocą której zwyciężyłby w każdym pojedynku, różdżkę godną czarodzieja, który pokonał Śmierć! I Śmierć podeszła do najstarszego drzewa rosnącego nad brzegiem rzeki, wycięła z jego gałęzi różdżkę i dała najstarszemu bratu, mówiąc: ” To różdżka z czarnego bzu, zwana Czarną Różdżką. Mając ją w ręku zwyciężysz każdego „.

Drugi w kolejności starszeństwa brat, który miał złośliwe usposobienie, postanowił jeszcze bardziej upokorzyć Śmierć i poprosił o moc wzywania umarłych spoza grobu. I Śmierć podniosła gładki kamień z brzegu rzeki, dała mu go i powiedziała, że ów kamień ma moc sprowadzenia umarłego zza grobu.

Potem Śmierć zapytała najmłodszego brata, co by chciał od niej dostać. A był on z nich trzech najskromniejszy, a także najmądrzejszy więc nie ufał Śmierci. Poprosił o coś co pozwoliło by mu odejść z tego miejsca, nie będąc ściganym przez Śmierć. I Śmierć, bardzo niechętnie, wręczyła mu swoją Pelerynę-Niewidkę.

Wówczas Śmierć odstąpiła na bok i pozwoliła trzem braciom przejść przez rzekę i powędrować dalej, co też uczynili, rozprawiając o przygodzie, która im się przytrafiła, i podziwiając dary Śmierci.

I zdarzyło się, że trzej bracia się rozstali, każdy poszedł własną drogą.

Pierwszy brat wędrował przez tydzień lub dwa, aż doszedł do pewnej dalekiej wioski i odszukał czarodzieja, z którym się kiedyś pokłócił. Mając Czarną Różdżkę w ręku, nie mógł przegrać w pojedynku, który nastąpił. Zostawił ciało martwego przeciwnika na podłodze, a sam udał się do gospody, gdzie przechwalał się głośno mocą swojej różdżki, którą wydarł samej Śmierci i dzięki której stał się niezwyciężony.

Tej samej nocy do najstarszego brata, który leżał w łóżku odurzony winem, podkradł się inny czarodziej. Zabrał mu różdżkę i na wszelki wypadek poderżnął mu gardło.

I tak Śmierć zabrała pierwszego brata.

Tym czasem drugi brat powędrował do własnego domu, w którym mieszkał samotnie. Zamknął się w izbie, wyjął Kamień, który miał moc sprowadzania zmarłych zza grobu, i obrócił go trzykrotnie w dłoni. Ku jego zdumieniu i radości, natychmiast pojawiła się przed nim postać dziewczyny, z którą miał nadzieję się ożenić, zanim spotkała ją przedwczesna śmierć.

Była jednak smutna i zimna, oddzielona od niego jakby woalem. Choć wróciła zza grobu nie należała prawdziwie do świata śmiertelników i bardzo cierpiała. W końcu ów drugi brat, doprowadzony do szaleństwa beznadziejną tęsknotą, zabił się, by naprawdę się z nią połączyć.

I tak Śmierć zabrała drugiego brata.

Choć Śmierć szukała trzeciego brata przez wiele lat, nigdzie nie mogła go znaleźć. Dopiero kiedy był w bardzo podeszłym wieku, zdjął z siebie Pelerynę-Niewidkę i dał ją swojemu synowi. A wówczas pozdrowił Śmierć jak starego przyjaciela i odszedł z nią z tego świata, jak równy z równym.”

Fragment z http://pl.harrypotter.wikia.com/wiki/Peverellowie

trzej bracia z insygniami....

 
 

Budyń dla Agnieszki :)

17 sty

Doskonały przepis na budyń.

Jeśli masz ochotę na budyń:
Najpierw wstań z kanapy. Jeśli nie jesteś w stanie opcjonalnie możesz się z niej zsunąć i poczołgać w kierunku swojej kuchni.
Następnie otwórz szafkę kuchenną gdzie trzymasz mąkę ziemniaczaną, proszek do pieczenia, cukier, miarki, mleko,… tam powinien być budyń. ;)
Jeśli go tam nie ma wypowiedz magiczne zaklęcie „Ku*** chciałem budyń!”
Jeżeli nadal masz ochotę na budyń, zdejmij dresy załóż jeansy, odziej kurtkę. Do tego buty, szalik i rękawiczki. Czapeczkę też żeby było cieplutko.
Weź klucze i pieniądze. Wyjdź z domu, zamknij go. Idź do najbliższej biedronki. Kup tam budyń. Najlepiej czekoladowy.
Wróć do domku. Otwórz go kluczami. Rozbierz się. Włóż ręce do ciepłej wody, pewnie masz odmrożenia…
Połóż się na kanapie, odpocznij po ciężkim wysiłku. Obejrzyj na YT filmiki z kotami i transseksualistami.
Znowu wstań z kanapy i idź do kuchni gdzie odłożyłeś zakupy. Pewnie w siatce też masz popcron i papier toaletowy, ale to już pomińmy.
Weź paczkę z budyniem do ręki i:

DALEJ POSTĘPUJ TAK JAK JEST NAPISANE NA TYLE OPAKOWANIA.

Następnie delektuj się swoim budyniem :)

Made by cZekoladożerka <3

 
 

Moja radosna… Albo też i mniej radosna twórczośc… ; )

16 sty

„Rzeczy”

Choć w duszy jestem śmiertelnie poważna,
Na zewnątrz radosna, roześmiana.
Każda sprawa dla mnie bardzo ważna,
Pełno przemyśleń już od samego rana.
Moje myśli błądzą wszędzie,
Nie wiem czy z nich coś pożytecznego się wydobędzie.
Osobowość chyba mam interesującą,
Mimo, że uważam ją za lekko irytującą.
Pisząc „lekko” na myśli mam irytującą i to bardzo.
Ale przynajmniej moje serduszko nie przechodzi rdzą.
Staram się być dobrą osóbką,
A nie tylko towarzystwa ozdóbką.
Pomagam ludziom ile mogę,
Ale nie jeden człowiek podłożył mi nogę.
Wcale się tym nie zrażam,
Tylko w życie nowy plan wdrażam.
Kiedy jest mi źle i myślę, że nie dam rady,
Powtarzam sobie: „ To nie w stylu Ady!”
Starych rzeczy szukam,
W głowę się pukam.
Gdzie je mogłam schować,
Tak, żeby ich odnalezieniem się radować.
Kiedy już znajdę w pudełku starym,
Moje spalone w ognisku skarpetki, wiersz w pamiętniku danym.
Bransoletkę kolorową, stary bilet tramwajowy…
Mijają mi wtedy wszystkie zawroty głowy.
Uwielbiam do nich wracać,
Prawie tak samo jak komuś głowę sobą zawracać.
Niby zwykłe stare rzeczy,
Ale z przepięknymi wspomnieniami tego nikt nie zaprzeczy…

 

Świątecznie :D

27 gru

Święta spędzone w dużym rodzinnym gronie. Na graniu w różne gry, śpiewaniu i takie tam… od 23 do 26 grudnia :D Oj, było fajnie! Dużo dobrego jedzonka! A co najlepsze w końcu to pyszniutkie jedzonko nie zabłądziło i trafiło w odpowiednie miejsca hahahaha!

Naprawdę było cudownie! Nie ważne jak, ważne z kim… ; )

 

Koledzy kochani…

14 gru

Wiem, że Was swędzi F5, ale no ogarnnijcie się! Bo skype też przez Was pada! No ej….

 

Dobry, oj dobry piąteczek… ; )

13 gru

Pomijając, że dziś prawie bym złamała rękę… To był to naprawdę
udany piątek 13-ego! 13.12.2013 o godzine 13:13 najpiękniejszy pocałunek mojego kochanego księcia. Kilka mocnych ocenek w librusie. Zapewnienie, spełnienie i stabilizacja… Czegóż to mogłabym chcieć więcej? :D

 
 

Jak ropucha poznała księcia…

12 gru

Witajcie!
Dziś chciałabym Wam opowiedzieć jak ja ropucha poznałam mojego księcia.
Pierwszy raz spotkaliśmy się 4 września, zamieniliśmy może 1-2 zdania. Kontaktu dalej nie było żadnego. Kiedy ropucha była już zrezygnowana i odpuściła sobie wszystko włącznie z nauką i jedzeniem (oprócz oczywiście czekolady, której nigdy się nie wyrzeknę!). Nagle 18 listopada sprawy przybrały niespodziewany odwrót…. Książę pochwalił się swoim ulubionym utworem, od którego zaczęły się długie i zabawne rozmowy. Ropucha cały czas się uśmiechała jak głupia do ekranu laptopa kiedy czytała kolejne wiadomości od księcia na książkotwarzy. Książę wyciągnął ropuchę na wieczorny długi spacer kilka dni później. Mroczno- romantyczna atmosfera… Mgła nad jeziorkiem. Było przepięknie. Ona i on cały czas rozmawiali, a gdy znudziło im się chodzenie usiedli przy brzegu jeziora i oglądali ptaki latające nad nim. Tak jeszcze parę dni…Aż do 29 listopada, gdy książę się dowiedział, że ropuszka też idzie na połowinki postanowił, że przed nimi weźmie ją na kolejny spacer… Tak gadali długo, długo znowu jak zwykle. Przeszli się po Starym Rynku. Potem gdy weszli do klubu zaczęły się tańce, rozmowy i picie soczku pomarańczowego… z dodatkiem ekstramocy ;) Książę zapytał ropuchy czy chciałaby być jego księżniczką. Ropucha się zgodziła, ale nie wierzyła całkowicie we własne szczęście. Książę uważał, że ropuszka… to znaczy jego księżniczka jest piękna i też nie wierzył, że ona go zechciała. Są razem do dziś i spotykają się jeszcze. Wyglądają na udaną parę. Ale czy ta bajeczka będzie trwała długo? Czy durna ropucha, która za dużo nie tylko myśli i cuduje, ale też i gada totalne głupoty nie rozwali całego ich szczęścia i całego świata owego księcia? Nie wiem… Może powinna choć na chwilę się zamknąć, przestać myśleć… Żeby nie zranić księcia… Zobaczymy… On ją chyba kocha, a ona nie wie co ma robić. Durna ta ropuszka, prawda?

Trudno, życzmy rop… księżniczce i księciu może wszystkiego najlepszego i tego, żeby ta ich bajka okazała się prawdziwa i trwała szczęśliwie jak najdłużej… <3